Katastrofa w sklepie ogrodniczym

Kilka dni temu wróciłam z pracy po urlopie. Wyjechałam na kilka dni nad morze, żeby odpocząć. Było to dla mnie bardzo ważne, bo czułam się już bardzo zmęczona. Jednak jak wróciłam z powrotem do czekała mnie tutaj istna apokalipsa. Centrum ogrodnicze w którym pracuję zostało zaatakowane przez szkodniki.

Sklep ogrodniczy i uporczywe szkodniki

sklep ogrodniczyNa domiar złego, jeszcze ostatnio panowały tutaj takie upały, że wiele roślinek uschło, bo nie było przez weekend podlewanych. Rozumiem, ze nasz sklep ogrodniczy Białystok nie pracuje w soboty i w niedziele, ale przecież jeśli ktoś dba o rośliny to przyjedzie i podleje je, albo przestawi podlewaczki tak, by i przez te dwa dni też podlewały. Wiadomo, ze bez wody rośliny zmarnieją, szczególni jak za oknem panują temperatury sięgające nawet trzydziestu stopni. Jak widać jednak nasz szef się tym za bardzo nie przejmował i teraz my musimy za to płacić. Wróciłam do pracy w złym momencie. Musieliśmy najpierw przegląda dokładnie wszystkie rośliny i sprawdzać w jakim są stanie. Jeśli były w złym, to trzeba je było podocinać i usunąć uschnięte części, czy też spryskać środkiem na owady. Szczególnie myszce nam bardzo dokuczały i pozjadały nam wiele roślin, nawet drzewka owocowe nie były bezpieczne. Do tego też koło nas znajduje się szkółka drzew i krzewów należąca tez do właściciela sklepu, więc było podejrzenie, że choroba i szkodniki mogą się rozprzestrzenić i na nią.

Musieliśmy zamknąć centrum ogrodnicze, żeby się tym zająć, bo nie dalibyśmy rady sprawdzać i drzewek i obsługiwać klientów. Poza tym pokazywanie w jakim stanie jest nasza szkółka krzewów ozdobnych nie jest najlepszym pomysłem. Jakoś musimy dać sobie z tym radę.